Sudetia 2014
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Strona 2 z 2
Dalej klasyk - graniczny singiel przez Brousek.
Mimo nielampowej pogody jest pięknie.
Obaj na plecach wieziemy pelerynkę supermena. Na zjeździe dobrze wygląda, a i podeschnie trochę...
Spadamy na Kladske Sedlo, Kofola i powrót. Chwilę trwa poszukiwanie skrótu do czerwonego szlaku do Medvedi bouda...
...potem trochę szutrów przerywanych zdejmowaniem i zakładaniem ciuchów...
...i docieramy do właściwego singla. Niby nie zjazdowy, po płaskim, ale bardzo przyjemny do jazdy.
Wedle mapy tu stoi chata. Nie wiem, czy coś jej się stało, czy też może to jakiś nowy ekologiczny design. W każdym razie nie była zamieszkana.
Jak poprzednio, pętlę czerwonego przez Palas omijamy asfaltem, bo szutrowe w górę/w dół nie jest interesujące.
Docieramy do zielonego na Smrk. Zaczyna kropić i przez chwilę rozpatrujemy inne opcje powrotu, ale wszędzie wychodzi nam szutr w dół. Czyli do bani. Nawietrzna nie wygląda źle, więc trzymamy się planu.
Na początek pchanie.
Po kilkuset metrach zielony zaczyna trawersować i robi się bardzo przyjemny, choć mglisty.
Smrk po raz drugi. Niebo zdecydowanie niżej, temperatura również.
W planie był czerwony w dół, ale zmieniamy opcję. Najpierw kawałek żółtym...
...a potem skręcamy w prawo w niebieski. To był bardzo dobry pomysł. Singiel w dół, z różnymi niespodziankami, przelotami przez strumienie itd. Lekko mokrzy od strumieni z dołu i coraz mocniej kapiącego deszczu z góry asfaltujemy końcówkę do bazy.
Dzień 5. Próby znalezienia transportu (brak), taksówki (drogo), kierowcy (w gospodzie słabo się szuka) skończyły się niczym, więc dla odmiany rozpoczynamy od podjazdu. Pogodowo bez zmian, kręcimy w kapiącym  od czasu do czasu deszczyku.
Tym razem, po 2h, osiągamy dopiero pierwszy etap podjazdu - Sedlo Videlsky kriz.
Kolejne 45 minut szutroasfaltu z obowiązkowymi zmianami ciuchów...
...docieramy do niebieskiego szlaku do Svycarni. Trochę pchania...
...więcej jechania i dojeżdżamy do schroniska. 24,5 km, 915 m w pionie i 3,5h wspinaczki.
Jeśli ich dojne połówki wyglądają podobnie, to dojenie zapewnia chyba trochę adrenaliny.
Zalegamy na chwilę w schronisku (kofoli brak), a potem ruszamy w kierunku bazy.
Jedynym słusznym szlakiem - czerwonym.
Na szczęście, mimo ogólnej wilgoci, kamory i korzenie na szlaku generalnie są suche. Wyjątkiem są sekcje bezpośrednio pod drzewami, ale tych jest niewiele.
Po trzech dobrych zjazdach docieramy do szutru spadającego na Cervenohorske sedlo. Jednak zamiast szutrem w dół, szukamy czegoś ciekawszego. Taka nartostrada z mokrą trawą i poprzecznymi rowami odwadniającymi jest zdecydowanie ciekawsza...
Obywa się bez strat. Kolejne 0,5h odzyskiwania wysokości po szutrach. W oddali punkt przełomowy, z którego już tylko w dół - Keprnik.
...i docieramy pod Cerveną Hore.
Najpierw świetny trawersowy singiel...
...a potem powtórzenie trasy sprzed 3 dni - trochę pchania, potem fajnie technicznie po płaskim...
...i wreszcie konkretny podjazd pod Keprnik. Tu chwila grozy, bo coś mi strzela w piaście i robi się ostre koło. Na szczęście, po przyłożeniu odpowiedniej siły do kasety, piasta zaczyna działać prawie normalnie, więc mogę jechać.
Tym razem bez przygód na zjeździe, omijamy schronisko (i kofolę)...
...i powtórka żółtego z Seraka. Wspólnie jedziemy tylko do połowy. Bo w połowie 5th Element Łukasza umiera, pozbywając się całkiem tłumienia i wydając dość niepokojące odgłosy przy dobijaniu.
Tak więc Łukasz szutrem, a ja nie szutrem spadamy do bazy, gdzie po rozpatrzeniu opcji ratowanie dampera/wypożyczenie roweru pada na łukaszowe leniuchowanie i mojego samotnego tripa w piątek.
Dzień 6. Ostatni, więc pogoda zaczyna się poprawiać.Plan był taki, żeby tydzień zamknąć Rychlebskimi, i się go trzymam.
Postanawiam jednak zakombinować na dojeździe, gdzie traciło się sporo wysokości szutrem. Wynajduję skrót na mapie, co kończy się to niesieniem roweru drogostrumieniem, potem niesieniem roweru już bez drogi i przebiciem się do wyższego asfaltu. Siodło jednak ominąłem.
Ponieważ po Koutach Superflow traci na atrakcyjności, poleciałem klasycznie, czyli 5 kółek z foty na dobicie się ostatniego dnia. A potem powrót do bazy ze zjazdami na deser: zielonym i starym mikroniebieskim.