Szczyrk. Inwazja gadów.
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Klimatyczny trawers Czupla...
...przeskakujemy Smerekowiec, Trzy Kopce, asfalt...
... i lądujemy w Brennej na pieczystym.
Posiłek umila nam czeskie łabądki, koniki, samochodziki i Karel Gott.
Po przyjęciu wielkich porcji mięsiwa, ziemniorów i kapuchy zapał do pedałowania gwałtownie osłabł.
Ale jechać trza. Masakryczny podjazd niebieskim na Kotarz. Masakryczny dlatego, że w sumie zeżarliśmy z 1,5 kg pieczystego.
Od samego patrzenia na kręcących chłopaków cofa się mi szaszłyk.
Odpuszczamy Karkoszczonkę i przez pole bitwy paintbolowej zlatujemy na piwko i grzebanie przy rowerach.
Niedzielny poranek fatalny wizualnie, jednak na wyciągu okazuje się, że nie wieje i ostatecznie jest znacznie cieplej niż w sobotę.
A na górze... maksymalna widoczność. I wszystko wydaje się na wyciągnięcie ręki...
Całe Tatry, Mała Fatra... Glajder dużo stracił, bo pojechał na Salmopol asfaltem.
Pierwszego niedzielnego gada Łukasz łapie w połowie drogi na Malinowską Skałę. Jakiś taki mały i trudny do zidentyfikowania. No nic, zdarza się, nie przewidywaliśmy dalszych komplikacji.
Glajder trochę się na nas naczekał, więc nie zabawiamy długo.
Drugi gad dorwał Jacka w połowie czarnego do Brennej. Walczył z nim samotnie, a my nudzilśmy się pośrodku niczego.
Kilka kilometrów dalej kolejne bydlę dorywa mój tył. Na dodatek Jacek, chcąc dopompować oponę, urywa zawór u siebie. Łatamy więc jego dętkę po poprzednim snake'u, pompujemy, rozbieramy, łatamy drugą parę kłów, pompujemy, urywamy zawór, łatamy mojego gada, pompujemy i... gotowe.
Chłopaki aż popuścil z tych nerwów.
Pakujemy się na Horzelicę, opuszczamy siodełka i...
...Łukasz rozjeżdża kolejnego gada. To już wylęg na całego!
Ponieważ kończą się nam dętki, robię zwiad, ale gadów nie stwierdzam.
Jako, że gady pozabierały nam trochę czasu, mamy zamiar ominąć Klimczok i zjechać czarnym narciarskim na Karkoszczonkę.
Na zjeździe Glajder został z tyłu, co oczywiście wykorzystał kolejny gad.
Bydlęta rozzuchwaliły się tak, że na koniec wyłapały znów Łukasza ze środka grupy. 500 m od betonu i asfaltu. Na dodatek kolejny podwójny gad... Oraz 1,5 cm kolec, który dla równowagi śladu nie zostawił.
Dzień 1. 54,7 km, AVS 12,3 km/h, Vmax 56 km/h, 1750 m przewyższeń. Dzień 2. 32,6 km, AVS 13,8 km/h, Vmax 57,1 km/h, 915 m przewyższeń.