Mocnopiesza masakra błotna
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Szlak konny, którym kawałek pojechaliśmy, też wyglądał coraz gorzej...
GPS wskazał, że mamy 350 m do szlaku. Więc kolejną zrywkową drogą pchamy się na górę. Potem trochę z rowerem na plecach przez las...
...i dostajemy się do zielonego, który tam, gdzie nie dotarł sprzęt, jest super. Całe 700 m super szlaku. :/
Na Przegibku nie zabawiamy długo i atakujemy zielony w drugą stronę. Podobno jest niezrywkowy...
Świetny zjazd - niezbyt szeroki, kręty, z adrenalinką... Gdyby nie zwalone drzewa w 2 miejscach, byłby na 10.
W Kolonii skręcamy na niebieski i, raczej idąc niż jadąc, szybko odzyskujemy wysokość..
Ten szlak również jest mało uczęszczany. :)
W dół zaczyna się dopiero po minięciu Skrzadnicy.
Trochę wąsko, trochę drzew...
...ale ogólnie całkiem niezły zjazd.
Potem, z leśniczówki Magura, znów wybieramy skrót. Oczywiście zryty przez drwali oszołomów. Ale skracamy dość mocno drogę.
Jeszcze drobny podjazd...
...i robi się pięknie. Nawet deszcz moczy kogoś innego, nie nas.
Niebieski wciąż nie jest popularny.
Ostaniec. Ciekawe, jak długo wytrzyma napór wiatrów...
A na zboczu i poniżej kolejna masakra drzew.
Nawet z GPS trudno nadążyć za zygzakami niebieskiego.
Wreszcie gubimy szlak i na rympał zjeżdżamy do drogi zrywkowej, która dochodzi znów do szlaku.
Ta resztka suchego lasu czeka pewnie na swoją kolej.
Oźna, którą(którego?) trawersowaliśmy.
Kolejny punkt wycieczki - przebijamy się do czerwonego w okolice Rachowca. Najpierw płytami, potem wręcz leśną autostradą, wreszcie wyschniętą drogą zrywkową i pieszo docieramy do wiochy.
Normalnie asfalt na wysokości! Ponieważ krucho z wodą, pobieramy źródlankę od tambylców i atakujemy Rachowiec szczyt.
Druga połowa podejścia zdecydowanie łagodniejsza. A po prawej Orlik 2008.
Na dole asfalt, z którego się wpychaliśmy, a po lewej boicho. Ciekawe, kto biega po piłki?
Wpychamy się oczywiście na sam szczyt Rachowca, skąd rozciąga się widok na prawie cały Worek Raczański.
Rozpędzamy się i w dół... To chyba był najlepszy zjazd tych dwóch dni. Jedynym problemem były częste i nieoznaczone skręty czerwonego...
Drobna kąpiel rowerów, która wyczyściła najbardziej buty Józwy i asfalcikiem do bazy.
A podczas pakowania znajduję przyczynę coraz gorszej pracy tylnej przerzutki. :)
Dzień 1 - 52 km, AVS 10,7 km/h, Vmax 45,8 km/h, 1583 m przewyższeń.
Dzień 2 - 41 km, AVS 9,6 km/h, Vmax 45,9 km/h, 1381 m przewyższeń.