3 dni w Górcach
Home [<< Pierwsza] [< Poprzednia] [Następna >] [Ostatnia >>]
Wszystko byłoby cacy, ale ścieżka tu zawraca. Do zielonego szlaku mamy około 1 km przez las. W sumie taki był plan, ale na żywo nie wydaje się on taki do końca przemyślany.
Na szczęście druga połowa bezdroża jest przyjaźniejsza i już po 40 minutach dobijamy do zielonego.
Na szlaku podejmujemy wyzwanie i usuwamy większość z drzew tarasujących drogę na Jaworzynę. Jakbyśmy zrobili to wczoraj, dziś by się miło jechało. Ale wczoraj pogoda nie sprzyjała wyzwaniom.
Dziś widok spod Bulandowej Kapliczki całkiem inny.
Na polance za Jaworzyną żadnych żółtych zjaw, za to pierwszy dziś widok na Tatry.
W sumie to wszystko wygląda dziś inaczej niż wczoraj. Nie wspominając o ilości błota.
Pogoda bez porównania lepsza, ale pieszych o wiele mniej. Może oni wyłażą jak dżdżownice na deszczu?
Dziś wykonamy część wczorajszego planu - wbijamy się na Turbacz i ruszamy czerwonym w dół.
Główny szlak jest zmasakrowany, ale Łukasz wyszukuje 'boczniaki'...
...dzięki czemu zaliczamy najlepszy chyba zjazd całego Górcowania.
Kolejne okienko na Tatry spod Starych Wierchów. Ostatnie 2 dni nie dawały wielkich szans na widoki, więc nadrabiam.
Spod Starych Wierchów skręcamy w zielony, który początkowo wygląda obiecująco. Ale po 300 m zmienia się w szeroką kamienistą drogę, której jedyną atrakcją są zakręty i stromość.
Odbijamy się od asfaltu w dolince i wspinamy dalej zielonym na Bukowinę.
Po początkowych 500 m da się jechać. Choć akurat dzisiaj Łukasz zmienił się w terminatora i atakuje skutecznie prawie wszystko.
Na krzyżówce z czarnym chwila na regenerację...
...kolejne dwie chwile na widoki i opuszczenie siodła i zasuwamy w dół wprost do Nowego Targu.
Trochę kamieni, trochę singielków, ze 2 krótkie hardcorki...
...i wskakujemy na asfalt, po którym GPS prowadzi nas bezbłędnie do bankomatu.
Ponieważ rower zachowywał się dziwnie na asfalcie, dokonałem szybkiej inspekcji. Ujawniła ona, że dolne łożysko sterów ma niechęć do kręcenia się. Trochę siły i parę kropel FL załatwiło sprawę.
Na rynku zamiast żarcia znalazłem swojego psa. Jednak nie, nie poznawał mnie, więc go zostawiłem w spokoju. Żarcie znaleźliśmy poza centrum, skonsumowaliśmy, po czym rozpoczęliśmy 9 km podjazd techniczną drogą schroniskową na Turbacz. Zapiąłem kask na plecaku, więc zdjęć brak. Zresztą to była ostatnia rzecz, o jakiej myślałem na tym podjeździe.
Wreszcie znów Turbacz. Kręcenie zajęło nam ponad godzinę. Chyba nawet Łukasz miał dość, bo z niepokojem wskazywał Długą Halę.
Megawidok z Długiej Hali na całe pasmo Tatr. Od razu powraca ochota do życia.
Nawet ostatni podjazd wydaje się płaski.
Jakiś czas temu minęła już pora naszego karmienia właściwego, ale nie skusiliśmy się na dary gór.
Jeszcze ostatni strzał na Tatry oraz Czorsztyn i siodełka w dół. Podsuszony czerwony wypełnił nam 25 minut dobrą zabawą.
Zamiast asfaltu znaleźliśmy jeszcze mały skrót terenem...
...i wylądowaliśmy w potoku, przywracając rowerom jaki taki wygląd po 3 dniach Górcowania.
Dzień 3. 57,8 km, AVS 11,3 km/h, Vmax 48 km/h, 1895 m przewyższeń, 1310 m max.